•  

    Mirki i Mirabele

    To bodaj mój drugi, czy trzeci wpis. Jako, że temat relacji damsko-męskich jest na wykopie polem, nazwijmy to, lekkich kontrowersji, to uznałem: a może by tak trochę ten portal ze śmiesznymi obrazkami odchamić? Dać zabieganym ludziom odrobinę kulturalnego wytchnienia? Niestety, ponieważ na masowe egzekucje dokonywane poprzez wlewanie rtęci do odbytów osób irytujących patrzy się w tym kraju z ukosa, pozostaje mi druga najlepsza opcja. Literatura.

    Dziś chciałbym zaprezentować wam człowieka, którego pewnie wszyscy znacie, którego dzieła wielu z was musiało czytać („musiało” to tutaj słowo-klucz, niechaj przeklęty będzie system edukacji), a którego sława rozciąga się dziś daleko poza jego ojczyznę; człowieka, którego życie i praca były niczym tytanowe dildo wsadzone w szprychy Matki Historii. Symbol romantyzmu, który jednak z epoką romantyzmu wiele wspólnego nie miał, bo ta oficjalnie rozpoczęła się w jego kraju ponad półtora wieku po jego śmierci*.

    Bard z Avon.

    Zgadza się, właśnie On. Cały na biało.

    tut-tu-du-duuu!

    William Shakespeare.

    Oczywiście, przytaczanie po raz tysięczny historii Romea i Julii, czy Hamleta mijałoby się z celem, a jeśli ktoś z was jest zainteresowany biografią naszego Władka (i o ile ktoś taki w ogóle istniał!) to zarówno ciocia Wiki, jak i masa innych łatwo dostępnych stron w każdej chwili służą wam pomocą. Ja chciałbym w tym wpisie zwrócić waszą uwagę na jeden tylko utwór - w naszym kraju nieco mniej znany - będący kropelką w morzu twórczości Shakespeare'a.

    Oto Sonet 130:

    pokaż spoiler My mistress’ eyes are nothing like the sun;
    Coral is far more red than her lips’ red;
    If snow be white, why then her breasts are dun;
    If hairs be wires, black wires grow on her head.
    I have seen roses damasked, red and white,
    But no such roses see I in her cheeks;
    And in some perfumes is there more delight
    Than in the breath that from my mistress reeks.
    I love to hear her speak, yet well I know
    That music hath a far more pleasing sound;
    I grant I never saw a goddess go;
    My mistress when she walks treads on the ground.
    And yet, by heaven, I think my love as rare
    As any she belied with false compare.


    Tutaj zaś przekład Stanisława Barańczaka:

    pokaż spoiler Nie słońcem jest ten promień, co z oczu jej pada;
    Czerwień jej warg ma odcień bledszy niż korale,
    Przy bieli śniegu pierś jej wydaje się śniada,
    Włos jej to włos — nie w złocie wyrzeźbione fale.
    Znam róże, których białość przechodzi w purpurę,
    Lecz nie takie się róże rumienią w jej cerze;
    Rozkoszniejszą woń mają perfumy niektóre
    Niż tchnienie mojej miłej — nie więcej niż świeże.
    Lubię dźwięk jej słów — przecie, gdy muzyka płynie,
    Czulej mnie ukołysze brzmieniami błogiemi;
    Przyznaję, nie widziałem, jak chodzą boginie,
    Jedno wiem: moja stąpa po realnej ziemi.
    Lecz w oczach mych przyćmiewa — powiem bez wahania
    Wszystko, czym ją fałszywe czynią porównania.


    Spoglądając na te dwa utwory (i przyjmując założenie, że oryginał i tłumaczenie to faktycznie dwa utwory, a nie dwie wersje jednego dzieła) trzeba przyznać, że Pan Barańczak odwalił kawał solidnej roboty. Niestety, „tłumaczenie doskonałe”, tak jak „skuteczna @moderacja”, jest w samej swej naturze oksymoronem i jakaś część utworu po prostu musi ulec zatraceniu. Jeśli wasze zdolności językowe wykraczają poza poziom, no powiedzmy, przeciętnego woltomierza elektrodynamicznego to z łatwością wyłapiecie o czym mówię, nawet bez pełnego zrozumienia całości tekstu. Krótko mówiąc, w moim ogólnym odczuciu oryginał jest nieco „ostrzejszy” od wersji Barańczaka.

    Do rzeczy jednak. O czym pisze tu nasz kochany Trzęsidzida? No popatrzcie sami, przecież początek tego tekstu to bez mała hejt! I to na własną laskę! W oczach zero blasku, usta też bez szału, piersi takie sobie, włosy zwyczajne, a i zdarza się, że jej z japy jedzie... Czyżby jakaś #p0lka 2/10? No i niby na końcu mówi, że ją kocha i w ogóle, chociaż żadna z niej bogini, ale czy nie byłoby w dobrym guście zapodać nieco wazeliny? Czy nasz podmiot liryczny nie mógł się wysilić, spróbować, o ironio, odrobiny włażenia w przysłowiową dupę? No gdzie tu romantyzm ja się pytam.

    A no nie mógł. Czemu? A no temu, że był tak zwyczajnie po ludzku wkurwiony. I to nie na obiekt swych westchnień, jak któreś z was mogłoby pochopnie założyć, ale na swych kolegów po fachu. Poetów-grafomanów, którym artystyczna sraczka rzuciła się na mózgi, a w czasach Shakespeare'a osiągnęła prawdziwe apogeum absurdu.

    Wszystko to zaczęło się od innego sławnego poety, żyjącego w XIV w. Włocha nazwiskiem Petrarka. On to w swoich sonetach zwykł ubóstwiać przedstawicielki płci pięknej i przypisywać im cechy bez mała magiczne. Cały trik polega na tym, że gdy Petrarka zaczynał swoją bajerkę było to coś zupełnie nowego. Renesansowy powiew świeżości w przepełnionej średniowiecznym zaduchem Europie. Niestety, czy to przez estetyczne piękno jego utworów, czy z uwagi na ich skuteczność w rozkładaniu nóg tak panien, jak i mężatek inni poeci szybko podchwycili styl utalentowanego Włocha, jednak mało który potrafił dorównać oryginałowi.

    W bardzo dużym skrócie i w wielkim uproszczeniu tak rozpoczął się trend trwający poniekąd do dziś. Trend polegający na idealizacji kobiet i wynoszeniu ich na piedestał boskości, czasem z potrzeby duszy, czasem przez spaczone pojmowanie świata, a czasem tylko po to by stylowo zakisić ogóra. To już wedle gustu. Fakt jest taki, że słodzenie płci przeciwnej w oczekiwaniu na korzyści doczesne to tradycja stara i właściwa absolutnie nie tylko naszym czasom.

    Z tym właśnie trendem usiłował zmierzyć się Shakespeare w Sonecie 130, w sonecie, który pod wieloma względami miał być rozwinięciem staropolskiego „a pierdolnijcie wy się wszyscy w cymbał”; w sonecie będącym wyrazem krytyki wobec kompletnie odrealnionego obrazu kobiety jaki stworzyli w dużej mierze właśnie poeci, a który niepodzielnie panował w ówczesnej Anglii i nie tylko (przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę tzw. wyższe sfery), i wyrazem buntu wobec szerzącej się grafomanii.

    Na koniec dodam tylko: jeśli czyta to jakiś różowy pasek, z której oczu nie strzelają słoneczne promienie, której usta nie są czerwone jak korale, i której czasem jedzie z japy to chcę tylko powiedzieć, że nie ma się czym martwić. Serio. Każdemu czasem jedzie.

    *Co ciekawe, udział w tym miał imiennik Shakespeare'a, William Wordsworth.

    pokaż spoiler (UWAGA! Poniższy wpis proszę traktować jako ni mniej, ni więcej, a luźne dywagacje. Jestem pewien, że zaraz jakiś ekspert doczepi się, że nie wyjaśniłem na czym polega specyfika sonetu szekspirowskiego albo znajdzie się jakiś gramatyczny nazista, który wypunktuje każdą literówkę w tekście. I w sumie dobrze. Literatura to nie do końca mój konik, więc jeśli macie jakieś merytoryczne uwagi to chętnie posłucham i dowiem się czegoś nowego, ale jeśli po prostu lubicie się czepiać to cóż. Pamiętajcie, że pomysł z rtęcią jest wciąż moim numerem jeden.)


    pokaż spoiler (UWAGA NR 2! Żadnych wojenek typu przegrywy/incele/mariusze vs. inni użytkownicy. Cokolwiek macie do powiedzenia na temat kobiet i świata, możecie to zrobić kulturalnie albo wcale. Znając życie – najlepiej wcale.)


    #rozowepaski #niebieskiepaski #poezja #sheakespearestyle no i niech będzie jeszcze że #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Tak czytam na wypoku o tych ateistach i katolach, że #gimboateizm i upadek moralny, to i postanowiłem się dorzucić.
    Kilka lat temu wujas z ciocią wybrali się w Alpy na urlop (wujas to fanatyk narciarstwa :) i już pierwszego wieczoru trafili na rodaków. Siedzieli sobie w jakimś barze, a tu nagle słyszą język z nad Wisły. Ot, normalna sprawa, przy stoliku siedzi kilku młodych chłopa przy piwku. Wujek, człowiek towarzyski, zaraz chciał się zintegrować przy jakimś trunku, a słychać było że koledzy już wcięci. Zanim to się jednak stało to wujas posłuchał chwilę o czym to towarzystwo tak drze japę, że nawet w zatłoczonym barze idzie usłyszeć. Okazało się, że chłopaki to nikt inny jak młody narybek z #kler, a chwile przy piwku na urlopie umilają sobie... soczystymi kawałkami ze spowiedzi. Tak, chłopaki przerzucali się historiami w stylu "A do mnie to przyszła..." i kręcili #bekazkatoli aż miło, licytując się na opowieści z konfesjonału. Także to tyle jeśli idzie o wartość tajemnicy spowiedzi ¯_(ツ)_/¯ pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika hero-strates

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.